Narodziny Gwiazdy
Jest 23:30 13/06/2024 roku. Deszczowa noc w angielskim Rugby. Siedzę na sofie w salonie, a moje myśli swobodnie przemieszczają się w czasie i przestrzeni. Bez problemu, w jednej chwili trafiam do oddalonego o wiele kilometrów Sosnowca i cofam w czasie o 13 lat. Właśnie zjeżdżam windą, za moment wsiądę do samochodu. Jest gorąca, letnia noc. Mury blokowiska oddają zakumulowane za dnia ciepło. Mój zdenerwowany tata podjechał przed chwilą, żeby zabrać mnie do Katowic. Zadzwoniłam już do Arka, jak zejdzie na przerwę, to odsłucha wiadomość z poczty głosowej. Zaczęło się.
A mówiłam doktorowi, że „dziesiątego, najpóźniej piętnastego czerwca”. Siedziałam naprzeciwko niego i powtarzałam jak mantrę. Nie posłuchał. Ustalił termin cesarki na dwudziestego pierwszego. Cóż, nawet najlepszy fachowiec, czasem popełnia błąd. 🙂
Narodziny Gwiazdy
Skurcze są regularne, zaczyna mi się spieszyć. Tymczasem tata nie chce mnie dodatkowo stresować. Po raz drugi w swoim życiu jedzie zgodnie ze wszystkimi przepisami drogowymi. Za pierwszym razem tak było, gdy chciał zdobyć zaufanie mojej babci, żeby pozwoliła mojej mamie wsiąść z nim na motor. Lata świetlne temu…
Siedzę w Rugby i mimo bardzo zimnej (nawet jak na angielski czerwiec) nocy, czuję tamten upał. Przed oczami stają mi jej najmniejsze szczegóły. Pani w rejestracji. Nieco wystraszony młody doktor, który wpada do gabinetu między jedną a drugą nieplanowaną cesarką.
„Szybko panią zbadam”, rzuca.
A potem to zdumienie na jego twarzy. To niedowierzanie, gdy orientuje się, że trafił na niecodzienny przypadek. Bo Młoda już do pierwszych chwil zaznacza, że nie będzie normalnie, że musi być przytupem.
Nie jest widzą tajemną, że naturalną koleją rzeczy dzieci rodzą się głową. Czasem, te bardziej niechętne do przychodzenia na ten świat, wystawiają mu cztery litery i tak właśnie tak miało być w naszym przypadku. Tylko, że to by było zbyt proste, zbyt normalne i przewidywalne. Nasza Gwiazda wypchnęła w drogi rodne nogę, bo w sumie czemu nie. Arek twierdzi, że po prostu badała grunt pod stopami. 🙂
Zapada szybka decyzja. Jadę na piętro, na salę. To już dziś. Trzecia niezaplanowana cesarka jednej nocy. Doktor sprawia wrażenie podłamanego. W korytarzu mijam tatę, proszę, żeby zadzwonił do Arka. A potem zaczynam się trząść.
Strachy …
Przez głowę przebiegają moje wcześniejsze, złe doświadczenia. Dudni jedna myśl: przecież wiedziałam, że tym razem stracę dziecko przy porodzie. Zastanawiam się czy lekarze zdążą. Czy Arek dojedzie na czas. Jak poradzę sobie z kolejną stratą…
Przez uchylone drzwi słyszę jak młody doktor konsultuje mój przypadek z dyrektorem. Czyli jest ktoś bardziej doświadczony, błysk nadziei. To co mówią, brzmi jak plan. Może jednak, jakimś cudem…?
Podchodzi do mnie położna. Siostra Sabinka. Słyszałam o niej! Czytałam na forum internetowym. Dziewczyny ze szkoły rodzenia zachwycone, te które już rodziły twierdzą, że najlepsza z najlepszych. Nie zagłębiałam się w temat, nie miałam ucieczki od cesarki, nie chodziłam do szkoły rodzenia. Jednak tam, wtedy łapię kolejną nitkę nadziei. Jestem w rękach profesjonalistów.
Powtarzam pani Sabinie, co o niej czytałam. Pewnie wszyscy jej to mówią, ale uśmiecha się promiennie.
Gdzieś w tle wskazówki zegara nieustannie prą do przodu, niezauważalnie zmieniając datę w kalendarzu.
Wreszcie wpada Arek. Uśmiechamy się do siebie. Dodajemy sobie otuchy. Nie jestem sama, jest obok. Cokolwiek się nie wydarzy, możemy na siebie liczyć. Jadę.
… na lachy
To bardzo dziwne uczucie ta cesarka. Leżysz sobie, gapisz się w sufit i wiesz, że tam, za parawanem, ktoś grzebie w twoich wnętrznościach. A ty leżysz, unieruchomiona, bez czucia. To sprzyja galopadzie myśli, tworzeniu najczarniejszych scenariuszy. Czuję to gmerania, irracjonalne wrażenie poszarpywania. Potem jakby większy ruch za parawanem. W końcu ją widzę, Młoda próbuje przyssać mi się do nosa. Ale za chwilę ją zabierają, jeszcze coś muszą zrobić. Ale co? Zaczynam czuć zmęczenie.
Jestem oszołomiona. Czarny scenariusz się nie spełnił. Wykorzystaliśmy trzecią szansę. 🙂 Teraz lekarze poskładają mnie do kupy, a małe zawiniątko trafi do Arka. Za oknem powoli budzi się dzień. Jest czwarta rano, gdy trafiam na salę poporodową. Równie oszołomiony Arek próbuje zapamietać co kupić lub przywieźć z domu. Nie ma sprawy, ogarniemy.
Dwie godziny później mój lekarz prowadzi obchód.
„Dzień dobry.” 🙂
„Jak się baba uprze, to nie ma rady…”
Nie wiem tylko, którą babę ma na myśli. Małą czy dużą? 🙂
W tym momencie moja pamięć traci swoją wyrazistość. Emocje opadły.
Siedzę w salonie. W Rugby. Trzynaście lat później. Noc jest tak zimna, że waśnie włączył się piec centralnego ogrzewania, a ja wciąż czuję tamto ciepłe lato.
Jutro rano złożę mojej nastolatce najlepsze życzenia urodzinowe i przez cały dzień będziemy świętowali narodziny gwiazdy. A za rok znowu wrócę myślami poza czas i miejsce.


