Cukier – podstępna trucizna
Całkowicie opadłam z sił. Dosłownie zapadłam się w siebie. Po pracy siadałam na sofie i robiłam NIC. Nie chciało mi się nawet sięgać po szydełko. 🙁 Najłatwiej było zrzucić wszystko na przedwiośnie i wiecznie zachmurzone niebo. A ja przecież działam na baterie słoneczne…
Kiedy jednak w sobotni poranek usiadłam do komputera i niemal zasnęłam, poważnie się zaniepokoiłam. Mimo wszelkich moich starań i interesujących rzeczy do zrobienia nie potrafiłam zapanować nad gałkami ocznymi, które konsekwentnie wywracały się do wewnątrz czaszki. Nawet pomimo dobrze przespanej nocy i wypitej porannej kawy.
Domowa diagnoza
Nie czekałam dłużej. Wstałam od biurka i wygrzebałam z szuflady kupiony w zeszłym roku glukometr. Minęły akurat dwie godziny od śniadania, więc czas na pomiar był doskonały. A wynik wyszedł zły. Zły to znaczy, że przekroczył 8 mmol/L (145 mg/dL) dwie godziny po posiłku. Według standardów UK jest to jedynie powód do zaniepokojenia, ale w Polsce (przynajmniej według danych z Googla) normy są niższe. Ponieważ uznałam, że lepiej podejść do sprawy bardziej restrykcyjnie, postanowiłam zastosować się do norm polskich, czyli 3.9 – 5.5 (70-100) na czczo i 3.9 – 6.9 (70 – 126) dwie godziny po posiłku. Ostatecznie w moich żyłach płynie polska krew, w dodatku często zasilana polskim cukrem w postaci Michałków lub czekolad Wedla. 🙂
W niedzielę skontrolowałam cukier na czczo i był nieco powyżej górnej granicy normy. Podobnie w poniedziałek. Nie napiszę, że zareagowałam natychmiast wyrzucając z diety wszystko z wysokim indeksem glikemicznym, bo to nieprawda. Zlustrowałam jednak swoje bieżące menu i ograniczyłam cukry. Po dwóch tygodniach widzę wyraźną poprawę. Mimo paskudnej pogody za oknem, powoli wraca moja energia. Poziom cukru rano spadł poniżej górnej granicy, chociaż wciąż jest stosunkowo wysoki. A ja zyskałam dodatkową motywację do mojej rewolucji żywieniowej. Zobaczymy jak długo ją utrzymam. 🙂
No i efekt uboczny jest taki, że znowu siedzę przed komputerem i mogłam coś do Ciebie napisać.
Strzeżonego pan Bóg strzeże
Nasunęło Ci się pewnie bardzo oczywiste pytanie: czemu ktokolwiek kupuje glukometr bez zalecenia lekarza? No cóż, ja kupuję, ale oczywiście już się tłumaczę. 🙂 Trzynaście lat temu, będąc w ciąży zmuszona byłam poddać się koszmarnemu testowi, którego celem był sprawdzanie jak mój organizm przyswaja cukier. Znasz go pewnie jako test obciążenia glukozą albo krzywą cukrową i pewnie przeszłaś jeśli jesteś mamą. To badanie, na które moim zdaniem, nic nie jest w stanie Cię przygotować. Znajome ostrzegały lojalnie, że najważniejsze to nie zwymiotować, bo trzeba będzie badanie powtórzyć, czyli znowu wypić to cholerstwo. Nigdy nie sądziłam, że słodycz może być taka paskudna… Wtedy okazało się, że wprawdzie nie mam cukrzycy ciążowej, ale oscyluję niebezpiecznie blisko i po prostu muszę uważać. Dostałam glukometr i dzielnie prowadziłam pomiary, aż do szczęśliwego rozwiązania. Później radośnie zapomniałam o kłuciu paluchów na długie lata.
Zwłaszcza, że nie należę do grupy ryzyka. Moja waga, mimo tego, że ostatnio przytyłam, wciąż nie budzi medycznych zastrzeżeń. W rodzinie nie mam historii cukrzycowych. Nie prowadzę też przesadnie siedzącego trybu życia, bo przy owczarku niemieckim w domu jest to po prostu niemożliwe. Nie jestem oczywiście święta, ale moje grzeszki nie należą do najcięższych. 🙂
Cukier – za wysoki czy za niski?
W zeszłym roku zaczęłam podejrzewać u siebie raczej zbyt niski niż za wysoki poziom cukru we krwi. Każdy opóźniający się posiłek powodował u mnie rozdrażnienie, bóle głowy i ospałość. Kawałek czekolady potrafił wtedy zdziałać cuda. Zamówiłam, więc na Amazonie glukometr tylko po to, żeby przekonać się, że wszystko jest w normie.
Tym razem nie było tak różowo, chociaż oczywiście nie ma najmniejszych powodów do paniki. Parę prostych zabiegów powinno wystarczyć do unormowania sytuacji. No i na pewno zmiany, które wymuszają na mnie wskazania glukometru, wyjdą mi jedynie na zdrowie.
Pora też przyznać się sama przed sobą, że lata lecą i lepiej już było. 😉


