Rytm wojny
Pasje

Książki 3 i 4/2024 Rytm wojny tom 1 i 2

Mogłabym zrecenzować jedynie Rytm wojny, ale to na nic by się nie zdało. No chyba, że przeczytałaś już Drogę królów, Słowa światłości i Dawcę przysięgi. Ale jeśli już to zrobiłaś, to prawdopodobnie z niecierpliwością na Rytm wojny czekałaś i masz już go na swojej liście lektur. 🙂 A jeśli po raz pierwszy usłyszałaś te tytuły, to powinnam napisać o całej serii, żeby Cię zachęcić do sięgnięcia po nią. Ups! Wygadałam się, już wiesz, że mi się podoba i zachęcam do czytania.

Audiobooki

Zachęcam do czytania, chociaż sama nie czytałam. 🙂 To wbrew pozorom ma sens. Wszystkie książki z serii napisanej przez Brandona Sandersona, mam bowiem w formie audiobooków, czyli technicznie nie czytałam – słuchałam. Wiem, że podobnie jak ebook, audiobooki wzbudzają różne reakcje. Dla wielu moli książkowych po prostu się nie liczą. Jednym z najdziwniejszych argumentów przeciwników audiobooków jest teza, że w ten sposób nie widzę czytanego tekstu, więc nie uczę się ortografii. Cóż, po pierwsze: mój kontakt z literaturą nie ogranicza się li tylko do słuchania. A po drugie: mam już 47 lat i prawdopodobnie dużo lepiej ortografii już nie opanuję.

Moja historia związana z książkami w formie audio sięga ubiegłego stulecia. Mniej więcej przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Brzmi jak prehistoria, nieprawdaż? Jako dziecko zasypiałam słuchając opowieści z czarnych płyt winylowych. Wzlatywałam w niebo z Piotrusiem Panem albo trzymając balonik wraz z Tadkiem – Niejadkiem. Nie znaczy to oczywiście, że rodzice mi nie czytali, to było tylko dopełnienie wieczornej rutyny. Podobnie, trzydzieści pięć lat później robiliśmy z Hanią. I wiesz co? Teraz ona sobie czyta przed snem parę stron swojej książki, a później włącza audiobooka i gasi światło. Jak mówi klasyk: gena nie wydłubiesz. 🙂

Wracając jednak do sedna.

Rytm wojny – Archiwum burzowego światła

Pierwszy tom serii, Drogę królów, w Audiotece wyszukał Arek. To on jest głównym użytkownikiem tego serwisu w naszym domu. Z zawodu jest kierowcą i słuchając książek urozmaica sobie monotonię autostrady. Ponieważ książka mu się spodobała, polecił ją mnie. Tak na marginesie: po dwudziestu latach razem wciąż nie mogę się nacieszyć, że w tym ogromnym świecie odnalazłam faceta, który potrafi polecić mi fajną książkę. 🙂

Zatonęłam całkowicie w Archiwum burzowego światła, bo taką nazwę nosi cała seria. W słuchawkach na uszach opalałam, szlifowałam i malowałam drzwi naszego domu. Spędziłam wiele godzin towarzysząc Dalinarowi, przeżywając wzloty i upadki Kaladina. Od tamtego czasu, gdy ludzka głupota po raz kolejny mnie zadziwia, komentuję ten fakt cytując Skałę: „chorzy od powietrza ludzie z nizin”. 🙂

Powieść, podobnie jak większość tych z gatunku fantasy, jest wielowątkowa i początkowo nici tych wątków wydają się istnieć zupełnie niezależnie. Nie jestem jednak nowicjuszką i wiem, że w końcu muszą się spleść. To, za co naprawdę cenię autora, to fakt, że nie łączy ich w sposób przewidywalny, nie spieszy się, żeby przeciąć losy bohaterów. Postaci nabierają życia w miarę ich poznawania, mają swoje słabostki, swoje lęki. Pozornie drugoplanowi bohaterowie wychodzą na plan pierwszy, by ostatecznie okazać się kluczowymi. Niektórzy doczekali się nawet własnego, osobnego tomu tak, jak pewna niesforna Tancerka Krawędzi.

Brandon Sanderson

W mojej beczce miodu jest także łyżka dziegciu. Jeżeli nie jesteś fanką fantasy, to pewnie Archiwum burzowego światła nie będzie dla Ciebie fascynującą przygodą. Swojej mamie nawet nie próbuję go polecać, chociaż uczyniłam już mały wyłom w jej czytelniczej awersji do fantastyki, ale o tym innym razem. 🙂 Najgorszym jednak ciosem dla mojej entuzjastycznej w sumie recenzji jest to, że Arek zrezygnował ze śledzenia serii po drugim tomie. A on naprawdę potrafi docenić ten typ literatury. Przeczytał z przyjemnością Pana lodowego ogrodu, Mroczną wieżę czy Nekroskopa. Taka literatura zdecydowanie nie jest mu obca. Myślę, ale oczywiście mogę się mylić, że u Sandersona znalazł za dużo filozofii, religii i polityki, a zbyt mało dynamicznych akcji. Cóż, to chyba jest ostatecznie najfajniejsze, że każda „autora” znajdzie swego amatora. Brandon Sanderson trafił na moją listę ulubieńców, a u Arka pozostanie jednorazowym doświadczeniem. Cóż pozostaje Tobie? Oczywiście wyrobienie własnego zdania w temacie. Jeśli oczywiście chcesz. 😉