Rodzina

Miluś

Wyłączam budzik i jeszcze przez chwilę leżę nasłuchując. Budził się razem ze mną i z charakterystycznym westchnięciem wstawał. Przechodził parę kroków i mogłam usłyszeć, że położył się gdzieś w korytarzu pomiędzy sypialnią a łazienką. Jakby w przekonaniu, że rano też musi plątać się mi pod nogami. Zimą, kiedy poranki są zupełnie ciemne, zmuszało mnie to do użycia latarki w telefonie. Teraz. Głucha cisza. Nikt nie reaguje. Po wyjściu z łazienki znowu nasłuchuję. Jego kroków na schodach, biegu do drzwi ogrodowych. Szukam ciepła jego futrzastego ciała pod stołem, gdy jem śniadania. Poranki stały się tak beznadziejnie puste…

Popołudniami zerkam przez kuchenne okno wzrokiem szukając go w ogrodzie. Czekam, żeby skoczył na drzwi domagając się wpuszczenia do domu.

Wieczorami bezskutecznie czekam na rytuał zmian miejsca do spania. Najpierw na legowisku, później tuż przy moich nogach obok sofy. A potem przy schodach. Kiedy kładłam się do łóżka wchodził po schodach i kładł się na górze. Chwilę później mościł się w sypialni po mojej stronie łóżka, a ostatecznie wciskał się w kąt pomiędzy łóżkiem a komodą. To właśnie stamtąd wstawał na dźwięk mojego budzika. I tak każdego dnia.

Przez sześć lat żyłam w przekonaniu, że mamy bardzo cichego psa. Nie szczekał, nie piszczał, nie ujadał. Wzdychał tylko głęboko i dobitnie czasami. Myliłam się bardzo. Strasznie brakuje nam teraz dźwięków związanych z jego obecnością.

Odgłosu 42 kilogramów dosłownie rzucanych na podłogę, gdy kładł się na drzemkę. Dudnienia na schodach, gdy zbiegał po nich, by wyprzedzić mnie w drzwiach ogrodowych. Pazurów stukających po panelach w salonie albo drapiących w drzwi. Mógłby zresztą te drzwi otworzyć sobie bez problemu, ale przecież po to właśnie pożądny pies ma swoich ludzi.

Jest cicho, jest pusto. Jeszcze nie jest czysto. Nie umiem umyć podłogi w kuchni. Nie umiem zatrzeć jego śladów.

Wczoraj wyrzuciłam stare, pogryzione piłki z ogrodu. Wyłam potem przez kilka minut. Dzisiaj wynieśliśmy na strych jego legowisko i większość pluszaków. Płakaliśmy oboje.

Po kawałeczku wyrywamy jego obecność z naszej codzienności. W porze spacerów rozpaczliwie poszukujemy zajęć, żeby tylko nie myśleć. Brak dopada nas w przeróżnych momentach dnia. Gdy zakładamy buty, a on nie przybiega sprawdzić, czy przypadkiem też z nami nie idzie. Gdy siadamy do stołu i bez problemu znajdujemy miejsce na nogi. Gdy wychodzimy do ogrodu i nie musimy sprawdzać, czy przypadkiem nie pędzi jakby nigdy tam nie był, nawet jeśli przed chwilką z niego wrócił. Gdy w kuchni nie musimy przez niego przeskakiwać przemieszczając się. Gdy sięgamy do lodówki i nie napotykamy spojrzenia jego bursztynowych oczu, uważnie sprawdzających co dziś będzie na kolację. Gdy resztę spienionego mleka po przygotowaniu kawy muszę wylać do zlewu, bo jego miski nikt nie opróżni.

W każdym momencie naszego dnia zamieramy na chwilę, uświadamiając sobie, że jego już nie ma,

Miluś umarł.

Zbyt wcześnie, niespodziewanie, niesprawiedliwie. Nie umiemy tego zrozumieć.