Książki
Moim zdaniem

Światowy Dzień Książki

Kiedy na potrzeby tego posta szukałam w sieci danych statystycznych dotyczących czytelnictwa w Polsce I UK, spodziewałam się, że będą one porównywalne. Wynik moich poszukiwań bardzo mnie jednak zaskoczył. W 2024 roku przeczytanie choćby jednej książki deklarowało 41% Polaków i 60% Brytyjczyków. A dane dotyczące przeczytania większej liczby – 10 lub więcej książek jeszcze bardziej przechylają szalę na rzecz Wyspiarzy.

Jestem klasycznym molem książkowym i mam duży problem ze zrozumieniem dlaczego ludzie nie czytają. A ponieważ nie lubię łamać sobie głowy nad zagadnieniami, których zupełnie nie ogarniam, postanowiłam zastanowić się dlaczego Brytyjczycy czytają.

Zagadka

Rozwiązanie tej zagadki (przynajmniej częściowo) nie było specjalnie trudne i najlepiej wyraża je polskie przysłowie: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Moim zdaniem kluczem staje się kanon lektur szkolnych. A także założenie jaką rolę te lektury mają spełniać.

Jak to wyglada w Polsce, wiemy doskonale. Nic nie zmieniło się od dziesięcioleci i dzieciaki wciąż czytają to, co my kiedyś. Należę do osób, które przeczytały niemal wszystkie lektury szkolne. Tak, tak, Krzyżaków i całą Trylogię też. Przyznaję, że zrobiłam to dobrowolnie. Prawie nigdy nie czytałam ich w zadanych przez nauczycieli terminach (zazwyczaj robiłam to wcześniej, ale zdarzało się i później). I tak, wiem, że to oznacza, że jestem dziwaczką. Nic na to nie poradzę. Znakomita większość moich znajomych (włączając tych, którzy naprawdę czytają) na sam dźwięk nazwiska Henryk Sienkiewicz lekko zielenieje na twarzach. Cóż umówmy się, że napisane archaiczną polszczyzną, opasłe tomiska raczej nie zachęcają. No chyba, że ktoś tak jak ja od zawsze, beznadziejnie zakochany jest w panu Michale…

Rolą kanonu lektur w polskiej szkole niezmiennie pozostaje budowanie świadomości patriotycznej, edukacja historyczna i zaznajamianie uczniów z klasyką literatury. Na osłodę życia dodano zestawienie lektur uzupełniających (czytaj: lżejszych), ale przeładowany program nauczania najczęściej. uniemożliwia sięgnięcie po pozycje z tej listy.

Książki = przyjemność

I tutaj docieramy do podstawowej różnicy. Angielska szkoła postępuje inaczej. Zadaniem lektur, z którymi stykają się dzieciaki nie jest wcale dodatkowe edukowanie ich w zagadnieniach historycznych czy literackich. Obserwując książki, które czyta w szkole Hania dochodzę do wniosku, że ich podstawowym zadaniem jest pokazanie dzieciom, że czytanie jest przede wszystkim doskonałą rozrywką. W podstawówce każdego dnia przez 15 minut czytała samodzielnie wybraną przez siebie książkę z klasowej biblioteczki. Oczywiście na próżno szukać wśród nich Szekspira. Książki te dostosowane są do różnych poziomów umiejętności czytelniczych i stanowią przekrój literatury dziecięcej. Każdego dnia nauczyciel czytywał im też na głos wybraną przez siebie powieść.

Hania w ten sposób poznała kilka książek Roalda Dahla. Jestem pewna, że znasz jego opowieści, stanowią one bowiem inspirację dla twórców z Hollywood. Matylda z Dannym DeVito czy Charlie i fabryka czekolady z Johnem Deppem to ekranizacje powieści, które pan Holly przeczytał na głos klasie mojej córki. A rok później zagłębili się w magiczny świat Hogwartu.

Nie dziwi więc wcale, że Młoda co i rusz z entuzjazmem rekomendowała mi kolejne powieści, a ja chętnie je czytałam. Szczerze polecam Ci Wiedźmy Dahla właśnie, super książka. I jeszcze Babcię Rabuś Davida Walliamsa, ale w tym przypadku przygotuj sobie zapas chusteczek.

Young adults

W secondary (coś pomiędzy naszym byłym gimnazjum a liceum) młodzież nadal czyta w klasie swoje wybrane lektury. Tym razem w ramach zajęć z angielskiego. Młoda nosi zawsze ze sobą jedną z gatunku young adults, który sam w sobie jest fenomenem. A wczoraj śmiała się, że akurat w Dniu Książki nic nie czytali. 🙂

Wyglada na to, że Brytyjczycy uznali, że najpierw należy uzmysłowić uczniom, że czytanie nie boli, a dopiero potem zacząć wyrabiać dobry gust literacki. Muszę przyznać, że absolutnie się z tą kolejnością zgadzam.

Podobną filozofię zaprezentował kiedyś dyrektor Biblioteki Narodowej komentując zaskakującą popularność powieści Blanki Lipińskiej 365 dni. Zamiast odnosić się do wątpliwych walorów literackich tejże, stwierdził że cieszy go każda przeczytana książka, bo ta pierwsza prowadzi do kolejnej i następnej. Niestety w większości polskich domów zwyczaj czytania kończy się na czytaniu dzieciom przed zaśnięciem. Chociaż to zjawisko samo w sobie jest oczywiście dobre, to jednak należy intensywniej promować czytelnictwo dorosłych. A takie bestsellery wciąż są najlepszą promocją.

Czytałaś 365 dni?