Pisanie
Pisanie potrafi być wyzwalające. Już w podstawówce zaczęłam prowadzić pamiętnik i przelewać na papier wszystkie moje osobiste dramaty. Gdy zaglądam teraz do tych najwcześniejszych zapisków (to przecież oczywiste, że mimo emigracji wciąż mam je wszystkie) uśmiecham się do siebie. Życiowe dramaty dziewięciolatki momentami bawią do łez, ale wciąż pamiętam jak koszmarne wydawały mi się czterdzieści lat temu.
Dorastanie
Z upływem lat ton moich zapisków się zmienia, problemy nabierają ciężaru gatunkowego. Pojawiają się prawdziwie ważne rozterki. Zapisywanie wątpliwości, trudnych sytuacji życiowych umożliwiało mi wyjęcie ich z głowy i obejrzenie w innym świetle. Z dużym przekonaniem twierdzę teraz, że moje pisanie pozwoliło mi przetrwać najgorsze zakręty nastoletniego życia. Być może, gdyby współcześni nastolatkowie więcej pisali do szuflady i mniej wystawiali się na publiczny osąd mediów społecznościowych, nie mówilibyśmy teraz o kryzysie zdrowia psychicznego wśród nastolatków.
Nie jestem psycholożką i oczywiście nie mogę stwierdzić tego ponad wszelką wątpliwość, ale moje doświadczenie podpowiada, że pisanie może być pomocne w radzeniu sobie z problemami. Mnie pomagało. I to nie tylko z tymi błahymi.
Dorosłe pisanie
Pamiętnika nie przestałam pisać w zasadzie nigdy. Miewam dłuższe lub krótsze przerwy, gdy moje życie toczy się spokojnie, ale niestety później nadchodzą te gorsze momenty i sięgam po pióro, by znowu walczyć z własnymi demonami. Te notatki, mimo upływu lat doprowadzają mnie czasem do łez. Pisanie pozwala uspokoić kotłowaninę w mojej głowie. Chaotyczne myśli po jakimś czasie układają się w logiczną całość i niekiedy przynoszą sensowne rozwiązania pozornie nierozwiązywanych problemów. Opisanie spraw, na które nie mam wpływu (jak na przykład śmierć lub choroba najbliższych) pozwala mi w pewien sposób zamknąć mój ból i niepokój w kapsule czasu.
Pamiętasz? Robiliśmy tak jako dzieciaki. Pracowicie wykopywało się niewielki dołek w ziemi, dekorowało się go kwiatkami i nakrywało kawałkiem szkła z rozbitej butelki. Różnie się to nazywało, dla jednych był to nieśmiertelnik, dla innych pamiętnik. Chwaliliśmy się przed innymi, jak piękne dzieło stworzyliśmy. Później trzeba było przysypać szkiełko ziemią. Teoretycznie by wrócić po kilku dniach i zobaczyć jak wygląda, ale któż by pamiętał po kilku dniach o koniczynie pod szkiełkiem…
Ja czasem wracam do moich zapisków, tych emocji zastygłych w atramencie, zatrzymanych w czasie. Niekiedy wciąż boli, ale oglądam ten ból przez odkopaną szybkę.
Pisanie wirtualne
Na początku mojego pisywania internetowego miałam poczucie, że nikt mnie nie czyta. Czas pokazał, że nie bardzo mijałam się z prawdą. 🙂 Dawało mi to duże poczucie prywatności i bez zahamowań podejmowałam poruszające mnie tematy. Wyrażałam swoje opinie nie zważając na to kto mógłby przeczytać moje posty. Później, wraz z pomysłem na stworzenie bloga, pojawiła się autorefleksja (chcę, żeby ludzie to czytali), a tuż po niej autocenzura (co ludzie powiedzą). Tymczasem Arek twierdzi, a ja się z nim zgadzam, że tamte pierwsze pisane „z palca” posty, były najlepsze.
Wiem nawet czemu. W nich właśnie byłam ja, moje emocje, moje opinie. To nie były wygładzone, polukrowane opowieści o neutralnych tematach, za którymi ostatnio zaczęłam się chować. 🙁
Coś się jednak się jednak zmieniło, a jeśli obserwujesz mój profil na Facebooku, to już pewnie o tym czytałaś. Wkraczając w pięćdziesiąty rok życia postanowiłam zmienić swoje podejście. I teraz będzie inaczej. Czy będzie kontrowersyjnie? Nie sądzę. 🙂 Postanowiłam po prostu głośno (czarno na białym) powiedzieć to, co wiele z nas myśli.
Moja lista pomysłów na nowe posty jest długa. Czuję ekscytację i zaciekawienie czy poczujesz ochotę, by podzielić się swoimi opiniami, gdy już je opublikuję. 🙂


