Książka 5/2025 Ronnie O’Sullivan nie do zdarcia
Zaraz na początku naszego związku wybraliśmy się z Arkiem nad Bałtyk. Był luty, a my postanowiliśmy spędzić Walentynki w Kołobrzegu. Pogoda dopisała, było mroźno i śnieżnie. Pensjonat bardzo przyjemny. Nie wzięliśmy pod uwagę tylko jednego – w środku zimy nadmorskie kurorty nie mają (a może wtedy nie miały) zbyt wielu atrakcji dla turystów. Mimo tego, że Kołobrzeg jest całkiem sporym miastem (prawie 45 tys mieszkańców), to i tak większość lokali była zamknięta. Nie narzekaliśmy jednak, bo znaleźliśmy fajną pizzerię i praktycznie właśnie w niej się stołowaliśmy.
Zrządzeniem losu na zamontowanych tam telewizorach pokazywano transmisję jakiegoś turnieju snookerowego. Wiedziałam co to za gra, bo skacząc po kanałach kablówki nieraz widziałam eleganckich panów przy ogromnym stole, ale jej zasady pozostawały dla mnie czarną magią. Arek jednak znał reguły i wyjaśnił mi o co w tym chodzi.
Nasz związek ze snookerem
Tamten wyjazd upłynął nam więc pod znakiem snookera. No dobra, nie tylko snookera. 😀
Kilka miesięcy później zamieszkaliśmy razem i od tego czasu zielony stół często wypełnia ekran naszego telewizora. Z czasem poznałam nazwiska graczy, terminologię, drobne niuanse zasad. Po prostu wsiąkałam w te klimaty, aż doszłam do momentu, kiedy mogę powiedzieć o sobie, że jestem snookerowa fanką.
Bakcyl snookera dopadł w naszym domu także moją mamę. Od kiedy mamy taką możliwość zapraszamy ją na dłuższe wizyty (zazwyczaj około miesiąca). W czasie pandemii COVID tak się złożyło, ze w tym samym momencie odblokowano możliwość podróżowania i organizacji Mistrzostw Świata w snookerze. Tamtego roku wyjątkowo odbyły się w sierpniu. Mama zmuszona była więc śledzić rozgrywki razem z nami. Oczywiście wytłumaczyliśmy jej zasady, żeby mogła kibicować na równych prawach.
Ronnie O’Sullivan
Każda dyscyplina sportu ma swoje gwiazdy. Nie muszę być (i nie jestem) fanką tenisa, by wiedzieć kim są Nadal i Federer. Tiger Woods albo Magic Johnson również nie są dla mnie anonimowi. Są po prostu legendy, których nazwiska przekraczają ramy sportu, który uprawiają. W snookerze to nazwisko brzmi Ronnie O’Sulivan, znany także jako Rakieta. To właśnie on w nietypowych Mistrzostwach roku 2020 wywalczył swój 6 tytuł mistrzowski.
Nie będę tutaj namawiała Cię do kibicowania snookerowi, bo nieraz wiąże się to z zarwanymi nocami. Wyzwala ogromne pokłady frustracji, gdy Twój faworyt sprawia wrażenie, jakby po raz pierwszy trzymał kij w ręku. Muszę jednak napisać parę słów o samym Rakiecie.
Kiedy Ronnie jest w formie (a wielokrotnie go takiego widziałam), to gra w taki sposób, że snooker wydaje się najprostszą grą świata. Do głowy przychodzi mi jedynie porównanie do lekkości w tańcu Freda Aster’a. Normalny mecz wygląda tak, że zawodnicy co i rusz spacerują w koło stołu, by ocenić kąty i zaplanować następne wbicie. Rakieta w formie niemal stoi w miejscu, a czasem popędza sędziego. Do wielu rekordów O’Sullivana należy wbicie najszybszego maksa (147 to maksymalna ilość punktów do zdobycia przy jednym podejściu do stołu). Dokonał tego w 1997 roku ustawiając poprzeczkę na niewiarygodnym czasie 5 minut i 8 sekund.
Od kilku lat popularność zdobywa mniej formalny od tradycyjnego snooker błyskawiczny, Shoot Out. I właśnie w BŁYSKAWICZNYM snookerze wbicie maxa zajęło Shaun’owi Murphy’emu 7 minut i 36 sekund. Teraz już wiesz czemu Ronnie nosi przydomek Rakieta.
Z drugiej strony, gdy mu nie idzie… To jeden z bardziej kapryśnych graczy. Obie z mamą go uwielbiamy, ale kiedyś obie dostaniemy przez niego zawału. Gdy Rakieta ma zły dzień, patrzenie na jego grę boli. Fizycznie boli.
Autobiografia – Ronnie O’Sullivan nie do zdarcia
Wydana w 2023 roku autobiografia wyjaśniła jednak wiele. Szczerze, bez znieczulenia opisuje w niej swoje rodzinne problemy, uzależnienie i depresję. Niesamowity talent zaprowadził go na sportowe i finansowe szczyty bardzo szybko. Zawirowania w życiu rodzinnym sprawiły, że mniej więcej w tym samym czasie, jako niespełna dwudziestolatek, został sam ze swoją młodszą siostrą. Fałszywi przyjaciele, dużo zabawy, brak autorytetów to najprostszy przepis na życiową katastrofę. A jednak stanął na nogi. Został nie tylko najmłodszym, ale także najstarszym mistrzem świata w historii snookera. Nie brakło na jego koncie meczy genialnych, ale i tych dramatycznie złych. Przeżył cały rollercoaster emocji, a wiele z nich moja mama i ja razem z nim. Bywało, że z obawy o swoje zdrowie psychiczne obie cieszyłyśmy się, że nasz ulubieniec odpadł z turnieju.
W swojej książce Rakieta pisze o samotności. O całkowitym wyobcowaniu, gdy siedzisz na wyznaczonym miejscu, a rywal rozgrywa frame’a za frame’m. O tym co dzieje się w głowie, gdy mecz wymyka się z rąk. Jak wiele z tego co widzimy na zielonym suknie tak naprawdę rozgrywa się w głowach zawodników.
Nie polecam 😉
Nie polecę Ci tej książki, czytanie jej może być interesujące jedynie dla fanki snookera, zbyt dużo tu odniesień do samej gry. Dla mnie osobiście to była jedna z ważniejszych lektur tego roku.
Zajrzenie do głowy Rakiety jest jednak bezcenne. Dzięki temu nie wkurzam się teraz, gdy znowu ma słabszy czas.


