Dom
Dom

Dom

Dom – jedno z moich odwiecznych marzeń. Jadalnia z dużym stołem, kominek. Letnie, niedzielne śniadanie w ogrodzie. Takie obrazki zawsze do mnie przemawiały. Jednak większość mojego życia mieszkałam w bloku. A że mam realistyczne podejście do życia, to nawet nie sądziłam, że kiedykolwiek zamieszkam w domu z ogródkiem. Ot, piękny sen i tyle.

Dopiero przeprowadzka do UK pozwoliła mi marzyć nieco śmielej o własnym domu. Zwłaszcza, że za takim zakupem przemawiały argumenty ekonomiczne.

Kiedy wreszcie uzbieraliśmy konieczną wpłatę własną z entuzjazmem przystąpiłam do działania. 🙂

Poszukiwania

Już w czerwcu skontaktowałam się z poleconym przez koleżankę specjalistą, który okazał się strzałem w dziesiątkę. (Gdybyś przypadkiem mieszkała w UK i planowała zakup domu, to znajdziesz go tutaj:)

A później zamilkłam, aż do września. Miałam odpisać na maila pełnego szczegółowych pytań, które pozwoliłyby Damianowi ocenić naszą zdolność kredytową, ale… Najpierw mieliśmy gości, a później jechaliśmy do Polski na wakacje… Jakoś tak zeszło. 🙂

Wiele spraw mieliśmy przemyślane i ustalone zanim zaczęliśmy się rozglądać na poważnie za zakupem. Wiedzieliśmy, która część miasta nas interesuje. Przekonałam Arka, że wolimy stary, zdatny do zamieszkania, a nie nowy dom. Zgodziliśmy się, że potrzebujemy trzech sypialni (Anglicy mają zwyczaj podawania w ofertach ilości sypialni, a nie powierzchni nieruchomości).

Dużo wcześniej, nawet zanim mieliśmy wystarczająco dużo pieniędzy na zakup, zainstalowałam aplikację z ofertami nieruchomości na sprzedaż i wynajem. Czasem przeglądałam sobie domy z górnej półki cenowej i zastanawiałam się, czy chciałabym w nich zamieszkać.

Kiedy trzeciego października dostaliśmy zielone światło na poszukiwania, byliśmy już przygotowani.

Dom

Wyobraź sobie, że tak się fajnie złożyło, że akurat w w tym czasie pojawił się w mojej aplikacji dom w „naszej” okolicy. W dodatku nie był nowy i miał trzy sypialnie. Zdawało się to być zbyt piękne, by było prawdziwe, ale umówiłam się na oglądanie w sobotę piątego.

Nie byliśmy jedynymi zainteresowanymi, bo okolica jest dość atrakcyjna, ale… Od progu wiedziałam, że on będzie nasz. Wystrój wnętrz, zwłaszcza na piętrze, odstraszał. Na przykład pokój wybrany przez Hanię był niebieski. A pisząc „niebieski” myślę o niebieskich ścianach, niebieskim suficie i niebieskiej wykładzinie. Myślę o niebieskim w całej swej niebieskości. Porażające.

A jednak było w tym miejscu coś przyciągającego, coś co sprawiała, że oczyma wyobraźni widziałam nas siedzących przy stole w jadalni w nadchodzące Święta Bożego Narodzenia.

Arek, który lubi mieć wszystko dokładnie przemyślane, studził mój zapał. Jemu też spodobała się oglądana nieruchomość, ale nie uważał za racjonalne kupowanie pierwszego oglądanego domu. Dlatego przez resztę soboty i całą niedzielę szukaliśmy innej opcji. Jednak w każdej innej ofercie znajdowaliśmy jakiś brak, coś nam nie odpowiadało. W mojej opinii po prostu działało przeznaczenie. 🙂 Ostatecznie w poniedziałek rano zadzwoniłam do Damiana z prośbą, żeby rozpoczął wszystkie procedury. Nie omieszkałam dodać oczywiście dodać, że chciałabym się wprowadzić przed Świętami, czym wywołałam jego wesołość. Zostałam poinformowana, żebym nie spodziewała się zamknięcia formalności przed końcem roku. Niby się pogodziłam z tą zdroworozsądkową oceną rzeczywistości, ale w głowie wciąż pielęgnowałam obrazek Świąt w nowym domu.

Nie będę zanudzała Cię szczegółami. Dość powiedzieć, że w dniu moich urodzin (piątego listopada), miesiąc po obejrzeniu domu, dostaliśmy potwierdzenie hipoteki z banku. A trzeciego grudnia, czyli kolejny miesiąc później odebrałam nasze klucze z agencji nieruchomości. I były Święta w nowym domu!!! Idealny prezent.

Potykaliśmy się o kartony i torby, nic nie było przygotowane, ale byliśmy u siebie.

Nie pierwszy taki raz

Muszę przyznać, że takie poczucie bycia „u siebie”, gdy po raz pierwszy wchodzę do domu, który planuję kupić przydarzyła mi się już wcześniej, kiedy kupowaliśmy mieszkanie w Polsce. Oglądaliśmy wtedy wiele mieszkań i nawet takie świetnie urządzone do nas nie przemawiały. W pamięci utkwiło mi szczególnie jedno – wprost idealne, naprawdę nie było się do czego przyczepić. Nie było tylko tej chemii. Pamiętam, że wyszliśmy przed blok, popatrzyliśmy na siebie i stwierdziliśmy, że wszystko niby okej, ale chyba to osiedle jest nieco za duże jak na nasz gust. Parę tygodni później złożyliśmy (przyjętą) ofertę na mieszkanie o identycznym rozkładzie i powierzchni na tym samym osiedlu, dosłownie dwa bloki od tamtego pierwszego. Najlepsze jest to, że zorientowaliśmy się dopiero po przeprowadzce. Po prostu na oglądanie obu mieszkań wjeżdżaliśmy z różnych stron osiedla i wydawało się nam, że muszą być od siebie bardziej oddalone.

W obu przypadkach czas pokazał, że podjęliśmy dobrą decyzję. Teraz czasem siadam z kubkiem kawy przy stole w jadalni i patrząc na ogród nie mogę się nadziwić, jakimi jesteśmy farciarzami. No ale przecież marzenia właśnie od tego są – żeby je spełniać!